Magivanga Facebook profile
Dear Friends and Readers,
We would like to thank you for all your kind words and positive energy. That's why it's great pleasure to work for people like you. We will try to bring you more good music and news. And please - leave for us a good word from times to times.
31.10.09
Morgen (1969)
Autor:
Pausts
3
komentarze
Etykiety: Morgen, psychedelic
29.10.09
Miasto Nie Spało - Pieśni Żałobne (2000)
P.R.: Bezsenność, strach? Według mnie bezsenność często wiąże się ze strachem, lecz z niego nie wypływa. Strach nie jest integralną częścią bezsenności. Ewentualnego pojawienia się uczucia strachu podczas bezsennej nocy również nie wiązałbym z bezsennością. Przypuszczam, że jest on pozostałością naszego dziecinnego lęku, który to pojawił się, gdy zasypiając w ciemnym pokoju baliśmy się tego, co może kryć się pod łóżkiem, bądź w szafie. Właśnie owo wspomnienie miało znaczący wpływ na nazwę i całą twórczość MNS. Zafascynowało mnie uczucie, któremu wtedy ulegałem. Pamiętam, że zawsze, gdy zostawałem sam w domu nocą bardziej niż owo coś pod łóżkiem paraliżowały mnie odgłosy nocy, miasta nocą. Zewsząd otaczała mnie cisza i tylko sporadycznie pojawiały się jakieś skrzypienia, szelesty, pomruki nocy. Moja wyobraźnia wtedy dostawała amoku... Właśnie w owym małym dziecinnym lęku szukałbym genezy zarówno nazwy, jak i całej działalności MNS.
Czym dla mnie jest strach? Według mnie strach to jedno z najszczerszych ludzkich odczuć. Towarzyszy nam cały czas, na każdym kroku czegoś się lękamy. Czasem są to sprawy bardzo prozaiczne, innym razem troszkę mniej. Zawsze jednak towarzyszy im strach, bądź jakaś choćby maleńka obawa, stając się jednym z czynników sprawczych naszych działań. To jest mój Strach.
A.M.: Poza Strachem, na myśl, podczas słuchania Twego projektu, przychodzą mi takie określenia jak alienacja, eskapizm - czy to jesteś Ty?
P.R.: Człowiek wyalienowany, uciekający? Raczej nazwałbym siebie szukającym, penetrującym swą własną duszę, odbywającym podróż przez nieznane, ku jeszcze bardziej nieznanemu, mając przy tym nadzieję na choćby minimalną styczność z pokładami czystej niczym nie skrępowanej natury indywiduum. Nie jest to bynajmniej natura empiryczna, ani racjonalna, jest to natura, czy raczej wiedza wewnętrzna, którą łatwo można utożsamić z wiedzą absolutu, Boga. Jest to wiedza tworząca "antymaterialny" świat idei, wiecznych zasad, zetknięcie z którymi daje uczucie prawdziwego i jedynego szczęścia.
A.M.:Kosmos - droga do niego otwiera mi się dość wyraźnie podczas wchłaniania Twych dźwięków. Czy Siły spoza przestrzeni ogólnoludzkiej odziaływują na to co tworzysz?
P.R.: Stanowczo NIE! Cała twórczość MNS wypływa z mojego wnętrza, jest wynikiem mojego zagłębienia się w samego siebie, prób poznania swojej własnej psychiki, sprawdzenia dokąd to mnie doprowadzi. Jest wynikiem ciągłego "bycia z uchem przy duszy", słuchania głosów w samym sobie, pewnych prób identyfikacji, zrozumienia owych.
A.M.: Rytuał - materiał, w który mam okazję od czasu do czasu wgłębić się, jest temu bliski, przyznam... ale co to za rytuał? Oczyszczenie ducha? Jakie stany, wrażenia ma on wywołać. Rytuał to wielkie słowo, zwłaszcza gdy spojrzymy wstecz - on był obecny od zarania dziejów i nadal jest. Zawsze temu towarzyszyła muzyka, dźwięki wprowadzające w pewnego rodzaju trans. Czy myślisz podobne stany wywołać u słuchacza?
P.R.: Zawsze gdy pada słowo rytuał (muzyka rytualna) ryzykuję stwierdzenie, iż była to pierwsza sztuka na Ziemi. Lecz cóż to za sztuka? Uderzanie dwoma kamieniami jeden o drugi? Dziwne, nieartykułowane krzyki? Pseudo-rytualne rytmy wystukiwane gałęziami np. o pnie drzew? Na pewno wiązało się to z pierwotną pochodną uczuć, dawaniem upustu swej duszy, nie dbając, czy wyda ona przewlekły ryk, czy tylko cichutkie westchnienie. Dla mnie rytuał MNS jest właśnie takim dawaniem upustu swej duszy. Zważ jednak, że rytuał MNS ma charakter kontemplacyjny, bliski medytacji, brak tu gwałtownych dźwięków, wszystko spowija całun spokoju, wyciszenia, pragnę by każdy słuchający nas przestał być biernym odbiorcą. Muzyka MNS ma być swoistym zaproszeniem do zanurkowania w otchłani samego siebie. W ten sposób słuchacz może stać się czynnym twórcą, gdyż sam będzie konstytuował swoje wizje, obrazy, dla których utwory MNS mają być tylko motorem.
A.M.: Jak wiele może to mieć wspólnego z magią? Czy magia jest na zewnątrz, czy też wewnątrz człowieka - czy oplata nas, czy też dobywa się z naszego wnętrza?
P.R.: Według mnie w kwestii magii nie można mówić o sferze zewnętrznej, bądź wewnętrznej. Magia jest jedną z pra-sił na Ziemi, odwołuje się do czasów, gdy wszystko było jednością, trudno więc dzielić ją na jakieś części. Podobnie z podziałem na białą i czarną magię. Muszę jednak przyznać, iż nie należę do ekspertów w tej dziedzinie, więc moje poglądy na problem mogą być błędne.
A.M.:Może to się wydać trochę trywialne, ale dla kogo tworzysz? W Polsce podobnych projektów raczej wiele nie ma - najbliższa Ci jest pewnie WARSZAWSKA JESIONKA. Czy myślisz, że myślenie naszych rodaków dojrzało do takich dźwięków?
P.R.: Tworzę dla ludzi. Nie wyróżniam jakiejś konkretnej grupy społecznej do której chciałbym skierować swoją muzykę. Wystarczy, że ktoś jest na tyle otwarty i odważny by chciał przez dźwięki MNS zanurkować w sobie. Z tego co wiem, to w naszym kraju jest dość spora grupa ludzi myślących tymi samymi kategoriami odnośnie tworzenia i to nie tylko muzyki, lecz każdemu z nich gra w duszy co innego, tak więc często nie są ze sobą kojarzeni.
Akurat porównania z WARSZAWSKĄ JESIONKĄ w kwestii podejścia zarówno idei muzyki jak i procesu tworzenia zdają się być podobne jak w przypadku MNS, różni nas natomiast forma muzyczna, reprezentowana przez grupy. Stanowczo łączy nas sama próba uchwycenia chwili zadumy, kontemplacji towarzyszącej wydobywaniu dźwięków. Co do dojrzenia do dźwięków, to uważam, że dekadę temu ludzie byli bardziej otwarci na takie podejście do sztuki. Niestety żyjemy w czasach rozkwitu kultury masowej...
A.M.: Niestety..., ale pamiętaj, że "akcja = reakcja" i powstaje kontrofensywa do tej całej papki. Chociażby właśnie Twój twór. W tej chwili M.N.S. to duet, czy to Ci wystarczy? Nie myślałeś np. o wprowadzeniu głosu? Myślę, że byłoby trudno wkomponować ten bardzo ludzki pierwiastek w to, co w chwili obecnej prezentuje M.N.S. Od czego jednak łamanie barier?
P.R.: MNS to duet, lecz nie zapominaj, że zawsze wspomaga nas trzeci muzyk - wiolonczelista. W mniejszym składzie lepiej się pracuje, łatwiej o pewne połączenie, zespolenie na poziomie duchowym, uchwycenie chwili pełnej symbiozy pośród grających. Co do głosu, to są pewne plany by na naszym nowym materiale w dwóch kompozycjach wystąpił mój znajomy z AKADEMII MUZYCZNEJ, chodzi mi o operowy, niski głos, traktowany instrumentalnie. Nie jest jednak do końca pewne czy wykorzystam ów pomysł.
A.M.: Gdzie i kiedy się zatrzymasz? W Twoim przypadku, progresję można odczytać jako dążenie do minimalu - gdzie jest Twoja granica, czy ona powinna w ogóle istnieć?
P.R.: Zakładając MNS wstąpiłem na drogę, której końca nie znam. Nie wiem kiedy się zatrzymam, ani gdzie leży mój kres. Cały czas staram się iść do przodu i myślę, że zatrzymam się na łożu śmierci.
A.M.: Przed tym jednak szepnij słówko jeszcze...
P.R: Chciałbym podziękować tym wszystkim, którzy nas wspierają, pamiętają o nas, tak trzymać. Natomiast tym, którzy stykają się z MIASTO NIE SPAŁO po raz pierwszy, powiem: otwórzcie się na muzykę improwizowaną. Jeśli choć raz dacie upust swej wyobraźni, intuicji zapewniam Was, odkryjecie przed sobą zupełnie inny świat, a jego twórcami będziecie właśnie Wy! (Anxious)
“…our second and final release. This time most of the music was precomposed. We also had a chance to play this music live at various venues for more than half a year before we went to the studio. Over the course of few months preceding the writing of the album both myself and Marek have lost close family members and this music was our reaction to those tragedies. It was very personal release, a form of katharsis for us. We originally worked on another release, which working title was “The man is the sex of death”, although after we both faced deaths of our relatives we have decided to drop the music we worked on and write this record…Few months after the recording sessions Krzysztof went to the States for few months and both myself and Marek played few more shows with new musicians, but around end of 2000 we called it a halt...” Pawel Grabowski
"...definitely my favourite one of the two. The music we wrote then was by all means the result of the times. Both Pawel and Marek lost close family members and I think I got caught in that sorrowful mood in the band. We were all living through this, and I think that's the reason why this music is so personal and authentic. I do not listen to this music much nowadays, it does require a†very specific mood to be absorbed, however when I do it always feels like catharsis."
Krzysztof Pawlowski
"We started off as a duo, Pawel and myself, playing the prepared bass guitar and accordion. A few months later Krzysztof joined us and Pawel switched to doublebass. Festsielhaus was our first all improvised concert as a trio. Piesni Zalobne was different, we were working on the music for a few months and then we did some shows with it before recording it in the studio. It was a great time for me, yet the music and that time remind me of my father’s serious illness and his passing away in November 1999. Piesn II on the album is dedicated to his memory."
Marek Turlo
PS. Special thanks to ziorro
link in comments
Autor:
Ankh
4
komentarze
Etykiety: ambient, avantgarde, experimental, Miasto Nie Spalo, Obuh
28.10.09
Melvin Jackson - Funky Skull (1969)
Autor:
Pausts
2
komentarze
Etykiety: funk, jazz, Melvin Jackson
26.10.09
Cro Magnon - Bull? (1997)
Autor:
Pausts
2
komentarze
Etykiety: avantgarde, Cro Magnon
25.10.09
Brainville - The Children's Crusade (1999)
The band started as a quartet with Pip Pyle (drums) and Mark Kramer (keyboards, producer), touring the US and UK in 1998. They released a 1999 album called The Children’s Crusade. Reduced to a trio, Brainville: Live in the UK, released as by “Daevid Allen with Hugh Hopper and Pip Pyle”, came out in 2004.
The band, now Allen, Hopper and Chris Cutler (drums) operating as the Brainville 3, played shows in 2005-6. This line-up played at the Canterbury Festival in October, 2006.
This is the difficulty for me in reviewing Brainville's The Children's Crusade...I don't know if it is as bad as I think it is, or if I just don't get it. I primarilly review this recording because I haven't found many people on this site who have even heard of it.
This Shimmy Disc recording released in 1999, and promised me great things when I first found out about it. The line up sounded awesome: Pip Pyle, Hugh Hopper, Daevid Allen, and (Mark) Kramer! The Gong, Soft Machine, Hatfield & The North pedigrees were impressive, and Kramer's modern production touches (he's worked with The Butthole Surfers, GWAR, Bongwater, Galaxy 500, and Urge Overkill) sounded like this should be a neo-Canterbury classic. After several listenings I find this not to be the case. There is no denying that there is some fantastic playing to be found here, but it is sporadic and not up to previous recordings by the various musicians.
I will briefly review each song, as I listen to it:
"March of the Goodbyes" is the first track, and (to me) not a very good opener at all. It seems directionless.
"The Revenge Of Sparticus" is far better, with nice dissonent jazziness.
"The Children's Crusade" Hmm. Very free form, yet problematic in that everyone's simultaneous soloing throughout the entire piece obscures the vocal passages. There is a point about 2:30 into the song where everything could have collapsed into cohesion and would have made this a good tune...but it just doesn't happen.
"Alphaville Beach" is very noisy and aimless noodling until around the 3:00 mark of the song. At this point it begins to sound like a band playing a song, instead of four musicians wanking...unfortunately, this only lasts for a minute or so before degenerating into tuneless noise for another 3 minutes. Instrumental.
"Goodbye Mother Night"...possibly my favorite song on the disk, Daevid Allen's vocals are appropriately whimsical yet dark. Random sounds of children playing, and a subtle and jazzy bass/drum pattern floats in the background. Eventually, some moody glissando guitar kicks in to end the number. A high point on the recording.
"The Killing" again begins with a noisy freefrom jam...acid jazz in the agressive Zorn style (but not as good), meets noise rock. And while there are interesting moments, they are few and far between. Instrumental.
"Useless By Moonlight" is again more structured, with Allen's vocals carrying the song. The few vocal songs to be found here seem so drastically out of place with the instrumentals, and would have been better served on a Gong or solo disk.
"The Fall of Colonel Kong" is yet again an instrumental. It seems as though these pieces are just so underdeveloped. I wouldn't be surprised if half of these were recorded improvisations. Some groups can pull spontaneous creation off, Brainville can't...and if this is a structured piece, it is either way over my head or not very good.
"The Revenge Of Clair Quilty" is by far the most structured song on the entire disc...it is also the most well produced. I have to wonder if the band ran out of money after recording this song (and perhaps 1 or 2 others), and threw the rest of the disc together to fill it out. It is remeniscent of trilogy period Gong (but not nearly as well produced), to the point to where I could picture spaces in the music for space whispers and synth bubbles. About 3-1/2 minutes into the song, it threatens to break down into chaos, but wait! It doesn't! It waits for another minute before it does that...and this time the chaos, noise jams, and soloing is much more focused. At six minutes, the song begins to lose its focus...it becomes a spacey freejam, in the vein of early Pink Floyd (think Ummagumma), but much noisier.
"Brain Villa Eclipse" is another of the good tunes to be found here, and perhaps the most rocking tune. It's dark, driving, vaguely sounding like Hatfield & The North's darker moments.
"Merkin Muffley's Lament" is a 1-1/2 minute piece of heavilly effected guitar and random voice and chant overdubs which seems to close the album out far better than "March of the Goodbyes" opened the album.
I am sure someone in the PE community absolutely loves this disc. I am not that person. In fairness though, I would say that if I was putting together a prog compilation disk there are three or four songs that might find there way on to it...and even then I wouldn't put more than one song on any given compilation. There are good moments to be found, but they are too sporadic to justify listening to the disc all the way through for. There is a point where great musicians get so far outside that they sound like amature musicians...this describes at least 1/2 of this disc.
I also find that every time I listen to this disc in it's entirety, I get a headache...the only recording in my entire collection which does this, and it happens every time.
I hate to write a negative review of any piece of music, and look forward to reading a positive one by someone else...maybe that reviewer might bring up a few points to help me better understand this piece of uh, art. (progressiveears)
link in comments
Autor:
Ankh
2
komentarze
Etykiety: avantgarde, Brainville, Daevid Allen, Gong, psychedelic
Min Bul (1970)
Autor:
Pausts
2
komentarze
Tołhaje - A w niedziela rano (2002)
***
Wywiad z Januszem Demkowiczem
Co oznacza słowo „tołhaje”?
Tołhaje to węgierscy rozbójnicy, którzy swojego czasu stanowili poważne zagrożenie w Karpatach, napadali i ograbiali wszystkich, w niczym nie przypominając Janosika. Nasi zbójcy łupili na Węgrzech, a tołhaje u nas. Świetną książkę napisał o nich Stanisław Orłowski, bardzo mnie zainspirowała i stąd nazwa projektu muzycznego Tołhaje.
A poza nazwą? Skąd się wzięli Tołhaje?
Z przypadku i konieczności równocześnie. W roku 2000 Magda - moja żona - wrzuciła do koperty nagranie „demo” i wysłała na konkurs „Nowa Tradycja” do Warszawy...
A bardziej po kolei?
Muzyka zawsze była całym moim życiem, pasjonowała mnie od dziecka, największa kara jaką mogła mi wymierzyć mama był zakaz wychodzenia na próby zespołu. Moje życie było poukładane, przychodziłem ze szkoły, zjadałem obiad i wychodziłem na następne zajęcia - sam z własnej i nieprzymuszonej woli. Nie rozrabiałem, nie wagarowałem, muzyka była dla mnie wszystkim.
Pamiętasz swojego pierwszego nauczyciela?
Najważniejszy był dla mnie Waldemar Kordyaczny. On - pomimo, że mieliśmy po dziesięć, dwanaście lat - założył z nami zespół rockowy, traktował nas niezwykle poważnie i odpowiedzialnie, jak równorzędnych partnerów. Jeździliśmy na koncerty, graliśmy bardzo dużo, do dzisiaj pamiętam, że próby mieliśmy w poniedziałki i czwartki, czekałem niecierpliwie na każdą. Co ciekawe pan Kordyaczny w szkole uczył plastyki, a zespół muzyczny założył przy Domu Kultury w Lesku. Miał też swoją pracownię w synagodze, często tam chodziłem, próbowałem rzeźbić.
I zastanawiałeś się co wybrać? Zostać muzykiem, czy rzeźbiarzem?
Nie myślałem o tym w ogóle, bo przez cały „ogólniak” chciałem być weterynarzem, ale przed maturą stwierdziłem, że studia muzyczne są jednak łatwiejsze od weterynarii, więc wybrałem je przez lenistwo... (śmiech) A poważniej: muzyka po prostu sama wchodziła mi do głowy, nie musiałem jej „wkuwać”, była we mnie. Magda na urodziny dostawała ode mnie kasety z utworami, które wymyślałem specjalnie dla niej.
Poszedłeś na studia muzyczne...
Miałem z tym kłopot, bo istniał wtedy jeszcze przepis, że kandydat musi mieć ukończoną średnią szkołę muzyczną, ale miałem też szczęście, bo niemal w przeddzień egzaminów wstępnych zrezygnowano z tego obowiązku, wystarczyło mieć odpowiedni poziom.
A poziom już miałeś.
Pojechałem na egzamin, dostałem się.
Gdzie?
Na Akademię Bydgoską.
Daleko.
Poszedłem tam za żoną.
Jest Kujawianką?
Nie, Magda pochodzi z Orelca, ten dom stoi na jej ojcowiźnie. Ale nie żałuję tego wyjazdu do Bydgoszczy, bo będąc tam nadal utrzymywałem kontakty z muzykami stąd, a równocześnie nawiązałem dużo ciekawych znajomości i wszedłem w środowisko, co do dzisiaj procentuje. Założyłem wtedy z kolegami zespół - Bieszczadzki Kwartet Jazzowy - jeździliśmy z koncertami po całej Polsce. I to wtedy Magda wysłała „demówkę” na konkurs, o którym mówiłem. Zadzwonił ktoś z radia, pogratulował, zaprosił, ciężko mi było namówić kolegów, bo nie lubili konkursów, z resztą wcale się im nie dziwię...
Pojechaliście?
Pojechaliśmy, ale zupełnie ot, tak sobie - bez specjalnych przygotowań. Nagraliśmy koncert, zdobyliśmy drugie miejsce w „Nowej Tradycji”, wydaliśmy krążek, któremu przyznano tytuł Najlepszej Płyty Folkowej Roku 2002 w Polsce, potem była nominacja do Fryderyków.
Mało kto o tym wie.
I nic dziwnego, bo w Polsce rynek folkowy jest niewielki i dość hermetyczny. Muzyka folkowa potocznie kojarzy się z Orkiestrą Świętego Mikołaja oraz nurtem - nazwijmy go - brathankowo - golcowym, a my średnio tu pasujemy. Ale nasz zespół - wtedy już Tołhaje - zyskał wielu sprzymierzeńców, graliśmy na największych festiwalach folkowych w Europie, występowaliśmy na słynnym Sziget w Budapeszcie - kilkadziesiąt scen, wielcy wykonawcy…
Damian Kurasz - jedna z najlepszych gitar w Polsce. Piotrek Rychlec i Łukasz Moskal - filary zespołu Zakopower. Tomek Duda - dobrze znany miłośnikom muzyki alternatywnej, gra w „Babie” i „Pink Freud”, obecnie na tournee po Ameryce Południowej oraz Marysia Jurczyszyn – z pochodzenia Ukrainka, śpiewająca pięknym, białym głosem...
I Janusz Demkowicz - gitara basowa.
Wszyscy pochodzimy z Podkarpacia - tacy rozbójnicy tołhaje, którzy już nie grabią, ale robią sporo zamieszania. Pamiętam reakcje gdy - jako nikomu jeszcze nieznany zespół - zdobyliśmy najpoważniejszą nagrodę folkową w Polsce, opinie były albo bardzo krytyczne, albo niezwykle przychylne, nikt nie pozostał obojętny. Teraz nagrywamy drugą płytę.
Co na niej będzie?
Nowe utwory w starym stylu - zainspirowane muzyką Karpat, muzyką Bojków i Łemków oraz oryginalne ukraińskie piosenki w wykonaniu Marysi Jurczyszyn.
Czym się zajmujesz gdy nie grasz?
Muzyką... Jestem wiejskim nauczycielem muzyki, uczę w kilku bieszczadzkich szkołach.
A Twoja żona?
Magda uczy polskiego i angielskiego.
Na jej ojcowiźnie - jak powiedziałeś - stanęła Zagroda „Magija”, skąd się tu wzięła?
Zawsze chcieliśmy prowadzić schronisko, bo lubimy ludzi i lubimy góry. Myśleliśmy o miejscu, w którym nie tylko będzie można dobrze zjeść i wygodnie się wyspać, ale także uczestniczyć w czymś interesującym. Szukaliśmy pomysłu na dom, obejrzeliśmy już mnóstwo projektów, gdy pojawił się u nas Aleks Wójcik - człowiek, który jako pierwszy w Bieszczadach przeniósł dom - słynne „Stare Sioło” w Wetlinie. To było dla nas olśnienie.
Ruszyłeś tym tropem?
Nie musiałem długo szukać. Przy drodze z Sanoka do Zagórza stała piękna modrzewiowa chata, przejeżdżałem tamtędy wielokrotnie, lecz jakoś nigdy nie zwróciłem na nią uwagi. I nagle - zupełnie przez przypadek - dowiedziałem się, że jest do sprzedania. Musiałem zdecydować się bardzo szybko, to niesamowita historia, bo dom stał pusty przez czterdzieści lat, a dokładnie wtedy gdy zwróciłem na niego uwagę pojawił się drugi kupiec. I nie był to blef właściciela - sprawdziłem. Wahałem się, byłem pełen obaw, ale zaryzykowałem.
Jak się przenosi dom?
Najpierw trzeba go rozebrać belka po belce, opisując i numerując wszystkie. Potem należy załadować belki na ciężarówkę, przewieźć, rozładować i złożyć dom z powrotem - proste, prawda?
Brzmi niewinnie...
Załamałem się widząc kupę brudnego drewna zrzuconego w szczerym polu, a znajomi też jakoś nie potrafili wykrzesać z siebie entuzjazmu, by dodać mi otuchy A jednak udało się, poskładaliśmy kolejno wszystkie deski, widząc jak dom powoli wynurza się z niebytu...
Nic Wam nie zostało?
Wręcz przeciwnie, poczuliśmy się na tyle pewnie, że przenieśliśmy jeszcze jedną chatę - z Bzianki koło Haczowa. Od razu też zaczęliśmy przyjmować gości, ale prowadzenie hotelu nie było naszym celem.
A co było?
Interesuje nas działanie, połączenie turystyki z kulturą - kameralnie i na dobrym poziomie. Nie organizujemy dyskotek, czy pikników muzyki biesiadnej. Pierwsze w Zagrodzie odbywały się koncerty jazzowe, okazało się, że ludzie tego potrzebują, przychodziło po czterdzieści - pięćdziesiąt osób, grało u nas wielu znanych muzyków jazzowych.
Nie zrujnowały Was honoraria?
Nie, ponieważ to były „transakcje bezgotówkowe” - korzystne dla obu stron. Oni mieli bezpłatne wakacje w Orelcu, a my piękne koncerty przez całe lato. Zależy mi na tym, aby Zagroda Magija kojarzyła się z ciekawą działalnością kulturalną. Magda skończyła filologię polską i teatrologię, chce uruchomić tu niedużą scenę.
A nie obawiasz się, że zabraknie publiczności?
Latem w Bieszczady przyjeżdżają dziesiątki, a może nawet setki tysięcy turystów, czy myślisz, że nie znajdzie się wśród nich trzydziestu lubiących teatr lub jazz? Znajdzie się, ale jak trafisz do nich z informacją o tym, co organizujesz?
Mam prosty i już sprawdzony sposób - znam wielu ludzi z bieszczadzkiej „branży turystycznej” i oni mnie znają, współpracujemy, rekomendujemy siebie nawzajem, przekazujemy zaproszenia - to działa. A poza tym teraz, po kilku latach istnienia Zagrody, możemy już dość spokojnie liczyć na tę najskuteczniejszą z reklam - „szeptaną”.
Co Wasi goście chwalą sobie najbardziej?
Zdziwisz się - brak telewizora...
Teraz, gdy standardem jest pokój z TV?
Ja nie jestem wrogiem szklanego ekranu, jeżeli ktoś chce w Bieszczadach oglądać telewizję, to proszę bardzo - podaję mu adres znajomego, który prowadzi pensjonat wyposażony w doskonałe odbiorniki. Natomiast warsztaty ginących zawodów, które organizujemy w Zagrodzie - poza ratowaniem od zapomnienia rzadkich profesji - mają też drugi, ważny cel: sprowokować ludzi do rozmów. I to nie jest istotne czy robisz kwiaty z bibuły - bo mogą się nie udać, czy lepisz garnki - bo mogą wyjść krzywe, ważny jest powrót do rytmu, w którym nie brakuje czasu na bycie ze sobą. Nawet nie przypuszczałem jak okropnie jest to ludziom potrzebne. Śniadania potrafią tutaj trwać półtorej godziny, a kolacje znacznie dłużej, wspólne posiłki, jeden stół - to bardzo zbliża, na co dzień nie ma na to czasu.
Nie masz wrażenia, że podporządkowujesz gości swoim wizjom?
Ależ skąd! Przecież wybierają Zagrodę świadomie i dobrowolnie. Nikt nie ma obowiązku rąbania drewna, palenia w kominku i prowadzenia rozmów przy ogniu, a jednak nigdy nie brakuje mi chętnych do pomocy w drewutni, ogień płonie cały czas, a ludzie siedzą przy nim do rana. W ubiegłym roku dostałem trzy przyczepy drzewek, ledwie zabraliśmy się z Magdą do sadzenia, gdy obydwa domy „wyszły” nam pomagać - z własnej i nieprzymuszonej woli. Ogródek też mam zawsze wypleniony...
Wspomniałeś o warsztatach ginących zawodów...
To na przykład zajęcia z biżuterii koralikowej. Jakiś czas temu zamieszkała w Orelcu Ewelina Matusiak-Wyderka, która robi tradycyjne naszyjniki, takie jak wykonywane tu były przed wojną. To wbrew pozorom nie są hinduskie paciorki, lecz między innymi krywulki - ozdoby chętnie noszone przez kobiety mieszkające dawniej w Bieszczadach. Jej mąż z kolei zajmuje się łupaniem gontów - techniką znacznie starszą od wycinania. W Zagrodzie można wypić dobrą herbatę i popatrzeć jak Ewelina robi krywulki, a Piotrek łupie gont, można też spróbować własnych sił. Mam wśród znajomych świetnego kowala i doskonałego garncarza…
Nie obawiasz się, że to tylko rozrywka dla znudzonych mieszczuchów, a nie reaktywacja rzadkich umiejętności?
Nie tylko! Magda bardzo sprawnie pisze projekty i pozyskuje pieniądze dla szkoły oraz miejscowości, ostatnio otrzymała dofinansowanie na aktywizację lokalnej społeczności. I na przykład ogłasza - miłe Panie, jutro wieczorem przyjeżdża do Orelca artystka ludowa, która wieczorem będzie prowadzić zajęcia z rękodzieła, zapraszamy serdecznie!
I miłe Panie przychodzą?
Starsze i młodsze, zawsze przynajmniej kilkanaście. A w sobotę Koło Gospodyń Wiejskich organizuje kiermasz dzieł zrobionych podczas warsztatów. Były też zajęcia z koronkarstwa, robienia słomianych „pająków” i malowania pisanek - wszystkie dla mieszkańców Orelca. A gościom poza kowalstwem, garncarstwem i biżuterią koralikową proponowaliśmy jeszcze bibułkarstwo, malowanie na szkle oraz kurs makramy.
Słyszałem też o warzeniu piwa.
No, nie wiem czy można o tym wspominać?
Ależ to bardzo ciekawe!
W Strzyżowie mieszka Ziemowit Fałat, zadzwoniłem kiedyś do niego i zapytałem, czy mógłby przyjechać do nas na pokaz warzenia? Przyjechał, prezentacja była fascynująca, a efekty... Cóż, dość powiedzieć, że natychmiast sprawiłem sobie aparaturę do warzenia piwa...
A co to jest Kamienne Serce Macochy?
Tak nazywa się samotna skała nad Orelcem.
A poza tym?
Aleks Wójcik organizuje w Wetlinie Konkurs Nalewek, każdy z „zawodników” musi przygotować swoją i nadać jej nazwę. Nasza nalewka - Kamienne Serce Macochy - zajęła trzecie miejsce.
Możesz podać jej skład?
Wieloowocowa...
No tak, rozumiem - receptura jest zastrzeżona... Wróćmy zatem w Bieszczady, jesteś przewodnikiem?
Tak, teraz już bardzo rzadko prowadzę wycieczki, ale dawnymi czasy zdarzało mi się siedem razy w tygodniu wychodzić z grupą na Połoninę Wetlińską. Jestem natomiast członkiem Stowarzyszenia Przewodników „Karpaty”, naszym celem jest samokształcenie, organizujemy wycieczki dla przewodników. A i w samej Zagrodzie odbyło się kilka spotkań i warsztatów przewodnickich.
Zaangażowałeś się też w program reintrodukcji bobra.
Poniekąd, bo to Magda wspólnie z uczniami szkoły w Uhercach napisała projekt Ekomuzeum W Krainie Bobrów, łączący siecią szlaków cztery miejscowości - Uherce, Orelec, Myczkowce i Zwierzyń. Natomiast „Magija” gościła uczestników tego projektu oraz europejskich warsztatów dla naukowców zajmujących się przywróceniem bobrów naturze.
Dużo dzieje się u Was, więcej niż w niejednym Gminnym Ośrodku Kultury...
No, bez przesady! Nam jest o tyle łatwiej niż GOK-om, że zajmujemy się tylko tym, co nas interesuje i co lubimy. Nie musimy organizować potańcówek, koncertów disco - polo, czy spotkań miłośników off-road’u. Zapraszamy ludzi, którzy naszym zdaniem robią coś ciekawego, chcielibyśmy stworzyć w Orelcu liczący się ośrodek kultury bieszczadzkiej, a tym, którzy ciekawie tu „narozrabiają” zamierzamy przyznawać tytuły Tołhaja Roku.
Kto dostałby Tołhaja Roku 2008?
Andrzej Kusz - za bibułkarstwo. Andrzej pracował we wrocławskim ogrodzie zoologicznym, ale wrócił w Bieszczady. Tu przypomniał sobie, że jego babcia robiła kwiaty z bibuły. Teraz jest mistrzem świata wśród bibułkarzy, właśnie robi suknię ślubną z bibuły...
Ty chyba nigdy nie narzekasz tu na nudę i nie czujesz się odizolowany?
Odizolowany? Tutaj? Od czego? Nigdy w życiu!
Powyższy tekst został opublikowany w miesięczniku "n.p.m." nr 6/2008
link in comments
Autor:
Ankh
1 komentarze
Etykiety: folk, Tolhaje, world music
Minor Threat - Complete Discography (1989)
....jestem człowiekiem takim jak Ty,
lecz mam coś lepszego do zrobienia
niż siedzieć i niszczyć samego siebie,
wykańczać się przez cały czas,
pokazywać swoją kwaśną minę,
pokazowo umierać,
nawet nie myślę o tym
nie potrzebuję tego,
jestem straight edge,
jestem człowiekiem takim jak Ty,
lecz mam coś lepszego do zrobienia
niż niszczyć się narkotykami,
wiem że mogę stanąć do walki,
śmiać się z muzyki o łykaniu prochów,
śmiać się z myśli o wąchaniu kleju,
i zawsze pamiętać o tym
by nie wykańczać samego siebie
jestem straight edge....
- Mamy nadzieję, że to o czym śpiewaliśmy zaowocuje w przyszłości tym, że dzieciaki, które przychodziły na nasze koncerty, zajmując pewne funkcje w społeczeństwie wykorzystają nasze przesłanie i będą w stanie zmienić przyszłość i jej kształt. - mówi Ian - To jest nasza jedyna nadzieja. --- Coppek ("Garaż" nr 12)
Minor Threat started from an earlier band featuring Ian MacKaye, the Teen Idles. In 1980, Ian founded his Dischord in order to put out a Teen Idles album. Ian was a big believer in the DYI theory. Shortly afterwards, the Teen Idles broke up, and it was then Ian formed Minor Threat with former Idles drummer Jeff Nelson, former Government Issue bassist Brian Baker, and guitarist Lyle Preslar. Minor Threat released two EPs, one album and several singles over there time together, and played every chance they got.
Minor Threat sang songs speaking out against drinking, alcohol, and encouraged youngsters to think for themselves and have a clean and sober mind. There songs were fast and furious, but catchy at the same time. The band struck a cord with the youth of the time.
In 1982, bassist Baker had left and was replaced by Steve Hansen. They recorded their first and only full-length album, Out of Step in 1983. It was an immediate success. Their success was part of the reason the group was eventually disbanded. Ian continued to run Dischord with Jeff Nelson, where many new bands were able to break through. Ian played with a few other bands, and eventually formed Fugazi, which has become an extremely successful indie band. Fugazi is not hardcore like Minor Threat was, but the band still holds to their DYI roots. Real Hardcore!!!!
link in comments
Autor:
Ankh
5
komentarze
Etykiety: hardcore, Minor Threat, punk
24.10.09
The Peace - Black Power (1970)
Tracklist:
- Get On The Way
- This Is The Time Now
- Ubalwa Ne Chamba
- Black Power
- I Don´t Know
- Peaceful Man
- I Need Mercy
- I Have Got No Money
Recorded at Malachite Studios, Chingola, in the mid 70s, “Black Power” is one of the rarest psych- rock records ever released in Africa. Killer afro- psychedelic- rock sound, the missing piece from the weird and amazing African afro- rock 70s puzzle along with other rare as hell records like The Witch, Amanaz and Question Mark. Limited, first time ever reissue with only 500 copies.
Backsleeve notes:
The Peace was a band from Ndola in Zambia's Coopperbelt, a mining region, in central Zambia, central Africa. A natural extension of the mineral-rich region of Katanga, the Copperbelt is one of the richest sources of copper in the world. Cobalt, selenium, silver and gold also.
Before they became The Peace the band had the name The Boyfriends, a popular local band comprising the likes of Ted Makombe, were Emmanuel Chanda from the W.I.T.C.H. (aka We Intend To Cause Havoc), popularly known as 'Jagari'- a corruption of his hero's name - Mick Jagger of the Rolling Stones, use to jam.
In his days Ndola, it is a rather quiet town, and certainly not a place that makes you think in rock or even music. But in the 1970's Ndola (the administrative capital of a once flourishing Copperbelt)must have been a rocking place with bands like this one. Recorded in the Copperbelt studios in the midles 70's. Directed by Eduard
The original record was pressed at Copperbelt recording studios owned by Edward Khuzwayo himself. Now we licenced and mastered from the original vinyl this almost impossible to find record at Angola Studios in Luanda, Africa. This LP is one of the those gems from Africa's diverse music scenes in the 1970's in particular the Zam Rock scene. Recorded at Malachite Film Studios - Chingola.
The sound quality of this album is not perfect at all. It is remastered with a decent result but two songs that have some prominent noise and overall the sound is flat.
link in comments
Autor:
Ankh
3
komentarze
Etykiety: afro sound, psychedelic, The Peace
First Chips - Volume One (1972)
Gary Greenberg - guitar, vocals
Ed Westphal - bass, guitar, vocals
Arvy Tumosa, Gene Lynch - bass
Denny Murray, Ted Adanek, Darick Nava - drums
500 copies pressed, distributed personally by Beleska
Found somewhere in blogger (but sorry I don't remember the name - thanks for this stuff anyway)
link in comments
Autor:
Ankh
1 komentarze
Etykiety: experimental, First Chips, psychedelic
21.10.09
Tonton Macoute (1971)
Autor:
Pausts
2
komentarze
Etykiety: jazz rock, progressive, Tonton Macoute
19.10.09
Djivan Gasparyan - I Will Not Be Sad in This World (1989)
Autor:
Pausts
1 komentarze
Etykiety: Djivan Gasparyan, etno, folklor
18.10.09
Wicked Lady - Blow Your Mind! (1972)
W 1972 roku muzycy postanowili w końcu troszkę ochłonąć i popracować nad płytą. Spokój nie trwał jednak zbyt długo, bo już na początku prac nad albumem muzycy pokłócili się i zaczęli się bić między sobą. Interweniowała policja i zespół wylądował w kiciu. W końcu muzycy doszli do wniosku, że nie są w stanie podpisać kontraktu z żadną wytwórnią płytową i rozwiązali zespół. Muzycy udali się w bliżej nieokreślonym celu na Bliski Wschód choć moim zdaniem skusili się pewnie perspektywą nargili pełnych haszu. Martin Weaver wylądował w bardzo dobrej grupie - Dark, by w końcu wylądować w Afryce gdzie dalej pędził hulaszczy tryb życia.
Muzyka Wicked Lady - mimo porywczego charakteru muzyków - jest chyba jedną z najciekawszych zarejestrowanych na przełomie lat 60-tych i 70-tych.
"Mad" Dick Smith - drums
Bob "Motorist" Jeffries - bass
Del "German Head" Morley - bass (1972)
It was spirited, lo-fi, caveman proto-doom-metal slop, but undeniably anguished and so very fucking real. In a way, Wicked Lady were the Saint Vitus of their time, a brutally real flesh and bone dirtbag band that might have been better if forces like addiction and jail time hadn't impeded their path. Wicked Lady's material is a downer. The lyrics are about war, mental illness, being a rebel, and the wicked lady, who will apparently "take your soul away." Dark stuff that, like Sabbath, was a far cry from the hippy love insipidness that prevailed at the time. They seem barely able to play their instruments. You can tell that Weaver and company were drunk when they finally got around in 1972 to recording this collection of songs on a stolen 2-track machine. The results are primitive, depressing, and dark, and I think you will agree, absolutely amazing. (cosmichearse.blogspot)
However, Wicked Lady never came within a whisper of the stratospheric status attained by Cream, or the Jimi Hendrix Experience. The band’s liberal use of feedback — and large biker following — kept them relegated to clubs, even during the twilight hours of the psychedelic era.
Awash in drink and drugs, Wicked Lady split up in 1970, but Smith and Weaver soon regrouped with new bassist, Del “German Head” Morley. The new lineup duly set about documenting its existence, as captured on Psychotic Overkill — whose feel is looser than Axeman Cometh. The effect is a shotgun marriage of Black Sabbath-style rifferama, supported by a less risk-taking rhythm section. Weaver’s vocal style lacks charisma, but his wah-wah and fuzz-driven guitar style carries the day. The highlights include a bluesy cover of Hendrix’s “Voodoo Child,” the sex ‘n’ drugs snapshot of “Sin City,” and the howling, 21-minute epic, “Ship Of Ghosts.”
But Wicked Lady’s erratic ways proved too difficult for clubowners, who eventually refused to let them play. (At one gig, the band reportedly played the same song over and over until an irritated management pulled the plug on them. (last.fm)
link in comments
Autor:
Ankh
3
komentarze
Etykiety: Dark, heavy rock, psychedelic, stoner rock, Wicked Lady
Slowbone - Live At The Greyhound (1972)
***
Lead guitarist Barry Hart invited ex-Torquoise bassist Vic Hicks to join his new band and then drafted in drummer Keith Shepherd, an ol school pal. This three piece played under the namne of My Cake for a while before changing their name to Slowbone.
To strenghten the band' s sound, Roger Phillips, a heavier bass player, replaced Hicks and soon after, organist extraorinaire Jim Hunter, who had previously played with Shepherd in another group called The Pattern, joined to complete the line up.
As the music here demonstrates, Slowbone, during this early period, displayed an awesome drive and energy that could be matched by few of their contemporaries on the pub rock scene at that time.
The songs on this CD formed the basis of the band's set for the next year or so as they persistently toured the pub club and college circuit with their thundering exhibition of undergrond progressive rock as its naked best.
In teh summer of 72' Hart fired bassist Phillips in favour of another Torquuoise old boy Jeff Peters, who was poached from Brown's Home Brew. Peters became the band's long standing bass player but is absent from these recordings. For a while Slowbone also tried out a few singers to front the band, one of whom was Bob England, who later replaced vocalist Steve Ellis in Love Affair.
Although real success continued to pass Slowbone by, they stubbornly refused to call it a day for the best part of a decade, eventually switching their name to Roll Ups during the punk era whilst that same spirit and vigour that made them such a popular live act.
Known as the "Darlings Of The East End", Slowbone left behind a clutch of singles recorded in the mid Seventies on the Rare Earth and Polydor labels some of which appeared under variuous curious pseudonyms.
An extensive Slowbone biography is available with their LP "Tales Of A Crooked Man" released on the Pie & Mash label in 1992 and distributed by Audio Archives (Pete Sarfas)
In my private opinion the "studio" album is just a shadow of the live gigs.
link in comments
Autor:
Ankh
3
komentarze
Etykiety: heavy rock, psychedelic, Slowbone
17.10.09
Critters Buggin - Bumpa (1998)
Critters Buggin is a Seattle, Washington-based instrumental group which performs in a jazz, rock and african-influenced, eclectic style. The band is composed of Matt Chamberlain (drums, percussion, piano, programming, synths, loops, samples and digital editing), Skerik (saxophones, keyboards, loops, samples, effects and guitar), Brad Houser (bass, baritone saxophone, bass clarinet and electronics) and Mike Dillon (vibraphone and percussion).
The group began with Matt Chamberlain and Skerik who were later joined by Brad Houser, thus forming a trio in early 1993. John Bush joined soon afterward, and the group gave their first live performance using the "Critters Buggin" name in May 1993 at the Seattle club The Colourbox. Chamberlain, Houser and Bush were all from the then-disbanded Edie Brickell & New Bohemians. Skerik came from another Seattle group, Sadhappy. Their live success was followed by the release of their first album which was produced by Stone Gossard of Pearl Jam on his then new label Loosegroove. The original Critters Buggin trio continued with several guest musicians, including Mike Dillon. Chamberlain and Dillon had both played in the locally popular Dallas, Texas band Ten Hands in the 1980s. All except Skerik were part of the Deep Ellum, Dallas, Texas scene through the early 1990s. By 1998 Dillon had joined Critters Buggin as a fourth member, thus forming the current line-up as of a July 2008 tour.
In 2007 Critters Buggin released the DVD, Get the Clackervalve and the Old Clobberd Biscuits Out and Smack the Grand Ham Clapper's Mother. It is a live set filmed and recorded during the Warsaw Summer Jazz Days 1999 performed in The Palace of Culture and Science of Warsaw, Poland
In 2006 Skerik, Dillon and Houser began touring as Critters Buggin Trio. In the 2007 the trio toured as The Dead Kenny G's and were reviewed as uniquely "combining jazz, rock, punk, funk and world music." In October 2009 they released a debut CD Bewildered Herd.
Critters Buggin defies categorization because of their diverse musical styles. Reviews tend to describe their music as a combination of electronic, ambient, jazz and "groove." When asked to describe their music in 1994 Chamberlain stated that it is "jazzy, funky, rocky.... it has African rhythms, too." Houser stated it is "African, industrial, tribal music."
While also reviewed in terms such as unique and adventurous, a recent 2008 review in The Seattle Times described them with such diverse terms as unorthodox, unhinged, tribal, unpredictable, mesmerizing, loud, abrasive, dissonant and ultimately satisfying. (wikipedia)
link in comments
Autor:
Ankh
1 komentarze
Etykiety: Critters Buggin, jazz





























